Czy optymiści naprawdę żyją dłużej?

W końcu muszę to napisać –  jako optymistka z urodzenia i powołania.
Fajnie być miłym i dobrze nastawionym do otoczenia.
Fajnie jest się często i ładnie uśmiechać.
Fajnie jest zawsze widzieć szklankę do połowy pełną…
Tylko, że… no właśnie.
 
Czasem nawet optymista ma po prostu dość!!!
 
Kurczę, są momenty, że aż we mnie kipi ten stan przedzawałowy, a moja życiowa mantra: „Keep calm…” nie daje rady.
 
Wczoraj, moja do połowy pełna szklanka, mówiąc obrazowo, ewidentnie się przelała.
 
Macie tak czasami?
 
Nie chodzi o to, że ktoś zrobił coś, albo, że coś wyjątkowo paskudnego mnie spotkało.
 
Po prostu, od jakiegoś czasu, pomiędzy moją codzienną giga-euforią z tego, co i jak robię, zaczęła wyrastać giga-frustracja, czy aby nie przesadzam, nie biorę zbyt wiele na głowę i czy w związku z tym, czuję się z tym OK, czy wprost przeciwnie?
 
No i wyszło mi, że wprost przeciwnie.
 
I trafił mnie przysłowiowy szlag, bo 1000000 spraw do zrobienia, 1000000 deadlajnów, 1000000 tematów do tzw. ogarnięcia i to wszystko powinnam zrobić na wczoraj :(
 
Co w takiej sytuacji? Zacząć machać rękami? Przeklinać? Krzyczeć? Usiąść na krawężniku i zacząć płakać? A może po prostu wyskoczyć przez okno?
 
Pomysłów miałam jak widzicie sporo. Każdy jakiś. Postanowiłam jednak „wyjątkowo” się uspokoić i poukładać tematy.
 
Najpierw nie odmówiłam sobie wyrzucenia złości w wiadomy sobie, włoski sposób (tak – przyznaję nie wszystkie te słowa były cenzuralne ;).
 
Potem zrobiłam swoją osławioną już listę spraw do załatwienia na wczoraj (listę na dziś zrobię jutro ;) i zaczęłam ją realizować.
 
A przede wszystkim skorzystałam ze wsparcia bliskich mi, bardziej stabilnych osób, których towarzystwo podziało jak balsam na moje skołatane nerwy.
 
Mój „trzystopniowy osobisty test” zadziałał! I zdecydowanie go polecam!
 
Konkluzja.
 
Optymiści wcale nie żyją dłużej.
 
Nie żyje im się też łatwiej – ba! Nawet gorzej, bo gdy nie są w humorze, to KAŻDY natychmiast to widzi.
 
Co najbardziej druzgocące – po wszystkim mają stresa i doła, że pokazali swoją „inną”, „gorszą” twarz.
 
Co zatem robić?
 
Najlepiej nic. Jesteś sobą to przyjmij, że czasem masz gorszy dzień i spadek formy. I niekoniecznie musi to być PMS (to uwaga szczególnie do Panów).
 
Tak, jak jesteś sobą szczęśliwy i radosny, tak tym bardziej wpieniony i wściekły.
 
Amen.
 
Ps. Chętnie poznam Wasze testy wielostopniowe, które pomagają Wam przeżyć w tych „ciekawych” czasach ;)

No Comments

Dodaj komentarz